Colorado to jeden z najlepiej wyposażonych outdoorowych odbiorników GPS firmy Garmin. A Bieszczady to… jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce. Kierowany myślą, że nie ma lepszego połączenia, ruszyłem na połoniny, by zapomnieć o hałaśliwej Warszawie, a przy tym przeprowadzić test urządzenia, które wprowadza nawigację turystyczną na zupełnie nowe tory. W Polsce Garmin Colorado pojawił się na początku tego roku. Jest to pierwszy model, który w dość zaskakujący sposób łączy zalety rasowych outdoorowców typu eTrex czy 60 Csx z cechami drogowej serii nuvi. Duży ekran o przekątnej trzy cale i rozdzielczości 240 x 400, kolorowe ikonki, ładne tła i bajkowo wyglądające mapy, miłe dla oka cieniowanie rzeźby terenu… Aż się ciśnie na usta stwierdzenie: Colorado to turystyczny Garmin dla „ofiar iPhone’a”. Coś w tym jest, zwłaszcza gdy spojrzymy na kolejny model, nawiązujący do tej stylistyki – Garmin Oregon. Nie znaczy to jednak, że Colorado to odbiornik, któremu czegoś brakuje. Przeciwnie – jest to urządzenie z górnej półki, a w stosunku do starszych „ręczniaków” znajdziemy tu sporo interesujących innowacji.

Najbardziej zauważalna nowość to oczywiście całkowicie odmienna konstrukcja odbiornika. Dosyć duża obudowa, długi ekran, a ponad nim kółko nawigacyjne, określane przez producenta mianem „Rock’n’Roller”.

Jest to najważniejszy element, pozwalający na obsługę urządzenia. Za pomocą kółka możemy poruszać się po menu, wybierać określone funkcje (klikając przycisk pośrodku), przesuwać kursor na mapie, a nawet wprowadzać znaki. W tym ostatnim przypadku poszczególne litery i cyfry wybieramy, obracając na ekranie tarczą, która trochę przypomina koło ruletki.

Nie, nie jest to wygodne, nie ma co ukrywać. Niemniej jednak, w pozostałych zastosowaniach Rock’n’Roller jest rozwiązaniem całkiem praktycznym. Zaś najciekawszą funkcją kółka jest zoomowanie map.

Poza Rock’n’Rollerem na obudowie znajdziemy jeszcze dwa przyciski pomocnicze. U góry sterczy krótka, ale gruba antena, a z drugiej strony kółka znajdziemy wyłącznik, który pozwala także na szybką regulację jasności ekranu. To bardzo wygodne rozwiązanie – w słoneczny dzień można wędrować z odbiornikiem bez podświetlenia. Jednak w cieniu drzew wyświetlacz jest już mniej widoczny. Dwa ruchy ręką i już włącza się backlight.

Na tylnej obudowie Colorado znajdziemy zaczep z aluminiowym karabinkiem, który najlepiej przypiąć do szlówki spodni. Tu po raz kolejny daje o sobie znać gadżeciarski charakter tego modelu. Nosząc w ten sposób Colorado, będziemy się dobrze prezentować na Krupówkach, bo wiszącego przy spodniach Garmina nie sposób nie zauważyć.

Jednak pomijając ten szczegół, jest to rozwiązanie na ogół praktyczne – odbiornik zamocowany jest solidnie, można nim obracać w razie potrzeby, trudno jednak schować go do kieszeni. Ten ostatni mankament wynika także z tego, że Colorado ma spore rozmiary (139 x 60 x 35 mm) i przy okazji też sporo waży (206 g z bateriami). Dla wędrowca, który ma jeszcze aparat fotograficzny, telefon komórkowy, czasem radio PMR, tak potężny odbiornik GPS będzie mało poręczny. Z drugiej strony to tylko 50 g więcej, niż eTrex Vista HCx. Można przywyknąć.

W porównaniu do tradycyjnych outdoorowych odbiorników Colorado może sprawiać wrażenie mniej wytrzymałego. Srebrny panel przedni, okalający wyjątkowo duży ekran, na pierwszy rzut oka nie budzi zaufania. To jednak tylko pozory. Obudowa Garmina wykonana jest z twardego plastiku, ekran osłonięty grubą szybką, zaś tył chroni gumowana pokrywa, dzięki której urządzenie pewnie leży w dłoni.

Nieco drażliwą kwestią jest wodoszczelność Colorado. Formalnie odbiornik ma klasę IPX7, co pozwala zanurzyć sprzęt na głębokość do 1 metr na czas 30 minut. W internecie można przeczytać wstrząsające relacje o tym, jak „Colorado puszcza bąbelki” i nabiera wody pod pokrywę baterii. By nie kusić losu, nie weryfikowałem tego podczas wyprawy, jednak kilka razy zdarzyło mi się używać Colorado w deszczu, raz czy drugi musiałem opłukać urządzenie z błota, sprzęt leżał też przez jakiś czas w płytkim strumyku i nic się złego nie stało.
Przez całą wyprawę w Bieszczady, Garmin spisywał się pod względem wytrzymałości i odporności na wilgoć bez zarzutu.

Ekran
Duży ekran odbiornika, prezentujący spory obszar mapy, to niewątpliwy atut Colorado, zwłaszcza w porównaniu z niewielkimi ekranikami serii eTrex. Dość powiedzieć, że w starych Garminach mapa prezentowana jest tylko w 256 kolorach, tu mamy obsługę 65 tysięcy odcieni barw. Jednak doskonały potencjał ekranu Colorado nie zawsze jest dobrze wykorzystany. Niezbyt wygodne jest to, że w najbardziej intuicyjnej orientacji mapy „Góra – kurs” strzałka pokazująca pozycję wyświetlana jest zbyt nisko dolnej krawędzi, niemal tuż przy polach danych (np. odległość do celu, prędkość itd). W trybie samochodowym jest to dosyć sensowne, bo widzimy co znajduje się przed nami, możemy szybko ogarnąć wzrokiem sytuację i przygotować się do manewru. Ale na szlaku często brakowało mi możliwości spojrzenia „w tył”, czyli szybkiej oceny, jak daleko odszedłem od punktu wyjścia w stosunku do celu. Żeby tego dokonać, trzeba przejść w tryb przeglądania mapy, czyli nacisnąć brzeg kółka lub przełączyć wyświetlanie mapy na sztywna orientację północną (Płn-góra).

Menu
Kolejne innowacje, w porównaniu z klasycznymi Garminami, odnajdziemy w menu i na mapach Colorado. Dosyć przydatną funkcją jest możliwość zmiany profili – gdy wędrujemy po górach potrzebne są inne ustawienia, niż do jazdy samochodem lub rowerem, czy też na wodzie.

W samochodzie
Pierwszą rzeczą, którą postanowiłem sprawdzić w trakcie testów, to zachowanie Colorado na drodze. Tak, wiem, Colorado to z założenia odbiornik przeznaczony do turystyki pieszej, jednak nim wejdziemy na szlak, trzeba tam dojechać. Dlaczego nie posłużyć się nawigacją, która bez problemu obsługuje drogowe mapy Garmina, a przy tym posiada duży ekran 3 cale i specjalny profil „Automotive”? Po wybraniu tego ustawienia mapy wyświetlane są w sposób znany z modeli Garmin nuvi, z widokiem drogi „z lotu ptaka”.

Niestety, szybko zostałem sprowadzony na ziemię. Colorado w samochodzie wymaga pewnego samozaparcia. Dosyć uciążliwą wadą jest brak obsługi komunikatów głosowych. Po wytyczeniu trasy, gdy zbliżamy się do kolejnego manewru, słyszymy jedynie piknięcia, które maja zwrócić naszą uwagę na zakręt. W tych okolicznościach ekran 3 cale wydaje się jednak zbyt mały – na komfort jazdy bez komend głosowych możemy sobie pozwolić w GPS-ach z dużym ekranem, gdzie wystarczy ułamek sekundy, by ocenić sytuację. W Colorado niekiedy wymaga to kilku sekund.

Kłopoty sprawia też niezbyt mocne podświetlenie ekranu Colorado. Podczas zasilania z baterii, Garmin jest za ciemny, by używać go w każdych warunkach za kierownicą. Rozwiązanie tego problemu poznałem dopiero po powrocie z Bieszczad. Trzeba podłączyć zapalniczkowe zasilanie USB, ale tu potrzebny jest oryginalny zestaw samochodowy Garmina, bo po zastosowaniu uniwersalnej ładowarki, sprzęt przełącza się w tryb pamięci masowej. W pudełku z Colorado dedykowanego kabla samochodowego nie znajdziemy (uchwytu również nie), więc trzeba radzić sobie w inny sposób.
To okazało się dosyć proste. Po aktualizacji firmware Colorado z wersji 2.40 do 2.60, w menu odbiornika pojawił się dodatkowy interface – Garmin Spanner. Po podłączeniu ładowarki USB, Spanner pozwala na wybór jednego z dwóch trybów pracy, w tym dalszego działania w funkcji nawigacji. Po zestawieniu takiej konfiguracji uznałem jednak, że nie jest tak źle – da się jeździć. Jednak paradoksalnie Colorado w trybie „Automotive” lepiej spisuje się w mieście, gdzie jeździ się wolniej i często staje na światłach. Wtedy można uważniej przyjrzeć się mapie. Jednak przy prędkości 100 km/h na drodze szybkiego ruchu łatwo przegapić właściwy zjazd.

Kolejny test drogowy Colorado oblało podczas wyznaczania tras. Na krótkich odcinkach nie było problemów. Jednak gdy próbowałem odnaleźć najszybszą drogę ze środkowej Słowacji (bo tam też mnie poniosło) do Warszawy, czy chociażby do pierwszego większego miasta po naszej stronie granicy, Garmin odmawiał współpracy, podając komunikat o błędzie. Mam podejrzenie, że wynika to z faktu wykorzystania dwóch niezależnych od siebie map drogowych (Polski i Słowacji), pochodzących od różnych producentów. Na drogach krajowych, w GPMapie, nie było takiego problemu. Garmin potrafi w kilka sekund zaplanować podróż w Warszawy do Bieszczad lub z powrotem. Dzięki możliwości wyboru rodzaju dróg i kalkulacji trasy szybkiej albo krótkiej odbiornik może więc w pewnych sytuacjach zastąpić typową nawigacje PNA.
Są też jednak inne problemy, bardziej prozaiczne. Wprowadzanie adresów za pomocą kółka jest niezbyt wygodne i czasochłonne. Nie ma porównania z dotykowymi ekranami w samochodowych systemach GPS.
Nie skreślam jednak Colorado całkowicie w tym zastosowaniu. Odbiornik przyzwoicie prowadził mnie na prostych trasach, w mieście i na pewno przyda się „współczesnym poszukiwaczom skarbów”, czyli geocacherom, którzy znajdując się 10 km od skrzynki, połowę tej trasy muszą pokonać samochodem.

 

Szukanie skrzynki
Tryb Geocache jest tylko dodatkową funkcją Colorado, ale jedną z ciekawszych. Z przyczyn technicznych nie skorzystałem z niej, tak jak bym chciał. Wiem za to, co straciłem i to jest bezcenne

Colorado to pierwszy odbiornik Garmina, który wyposażony jest w specjalną aplikację Geocache. Dzięki niej nie tylko możemy zobaczyć, gdzie ukryta jest  skrzynka, ale także przeczytać opis, dodatkowe informacje jak dojść, a także logi innych uczestników zabawy.

Te informacje można w łatwy sposób pobrać z serwisów internetowych, poświęconych geocachingowi. Waypointy z ukrytymi skrzynkami pobierane są bezpośrednio z internetu, co ułatwia specjalna wtyczka Garmina do przeglądarek. Bardzo ciekawy opis aplikacji Geocache znajduje się na Forum Opencaching.pl.
Pewnym utrudnieniem jest to, że Colorado zoptymalizowane jest pod kątem serwisu www.geocaching.com, natomiast pobieranie skrzynek z polskiej witryny Opencaching.pl wymaga dosyć pracochłonnej konwersji. Jednak prawdziwych miłośników tej zabawy to nie zraża, a jeżeli zraża, to wystarczy zaimportować z serwisu plik GPX ze współrzędnymi GPS jako zwykły waypoint.
Niestety, ponieważ Garmin trafił w moje ręce godzinę przed wyjazdem w Bieszczady, w ogólnym zamieszaniu nie zdążyłem skorzystać nawet z tej opcji. Dokonałem tylko transferu map, zapomniałem o waypointach. Z tego powodu musiałem radzić sobie w inny sposób: ręcznie wpisywałem współrzędne geograficzne skrzynek, posługując się bazą filipsa, zapisaną wcześniej w pockecie Samsung i780. Tu warto dodać, że Colorado nie posiada opcji wyznaczania celu bezpośrednio poprzez wpisanie współrzędnych. Trzeba dokonać tego naokoło: najpierw wybrać opcję „Zaznacz waypoint”, a następnie, nie zapisując punktu, wyedytować w jego ustawieniach niezbędne dane GPS. Po tej czynności możemy nawigować do nowo utworzonego waypointu.

I w końcu, uzbrojony w prawie wszystkie potrzebne akcesoria, ruszyłem na poszukiwania swojego pierwszego skarbu, w mało popularnym miejscu, z dala od szlaków turystycznych. Zapowiadała się godzinna wycieczka, a skończyło na całodziennej plątaninie po lesie. Skrzynki oczywiście nie znalazłem, za to po kolana umazałem w błocie i poparzyłem pokrzywami. Ta przygoda nauczyła mnie jednej rzeczy. Nie wystarczy mieć odbiornik GPS, trzeba też myśleć. Zbytnio zaufałem Colorado, naiwnie sądząc, że z dobrą mapą dojdę na miejsce po wyznaczonej, najkrótszej i najwygodniejszej trasie. W rezultacie w pewnym momencie stanąłem bezradny jak dziecko, patrząc na strome zbocze, przecięte strumieniem i porośnięte gęstym lasem. „Mam tam iść?” – myślałem. – „Po całym dniu przedzieraniu się przez błoto, krzaki i pokrzywy?”. Odpuściłem. Później okazało się, że mogłem dotrzeć do celu na około, zachodząc skarb od tyłu, idąc wąską, ale dosyć przyjemną ścieżynką. Ale tej dróżki nie było na mapie w odbiorniku. Przyzwyczajony do jazdy z GPS-em po mieście, gdzie wszystko jest oczywiste, nie pomyślałem, by poszukać łatwiejszego dojścia.
Drugiej skrzynki też nie znalazłem, bo źle przepisałem współrzędne z pocketa. Jakże banalna porażka! Gdybym chociaż miał zaimportowane waypointy do Colorado, nie byłoby tego problemu.

Na szlaku
Szukanie skarbów to emocjonująca zabawa, ale czasem człowiek chce po prostu iść przed siebie, patrząc na połoniny, wyciszając się i zapominając o miejskich troskach. Po załadowaniu do Colorado świeżych baterii ruszyłem więc na popularny szlak w okolicach Ustrzyk Górnych, z myślą, że na tak prostej trasie odbiornik będzie pracował wręcz wzorcowo.
Po wybraniu odpowiedniego profilu, określiłem punkt docelowy – połoninę Bukowe Berdo – i w drogę! Garmin wytyczył trasę po biegnącym tam szlaku turystycznym. Do celu dotarłem, co nie było trudne, po czym wyznaczyłem w odbiorniku kolejną trasę… i tak minął cały dzień.

Wnioski? Niestety, było kilka rozczarowań. Pierwsze, co utrudnia wędrówkę z Colorado, to słaby czas pracy na jednej zmianie baterii. Producent deklaruje, że jest to do 15 godzin. Odbiornik zasilany dwoma akumulatorkami 2100 mAh wyczerpał się po mniej więcej 9 godzinach. To tragicznie słaby rezultat. Dość powiedzieć, że nominalny czas pracy innego, popularnego outdoorowca – Vista Hcx – wynosi do 25 godzin. W praktyce może to być nieco mniej, ale nie jesteśmy narażeni na to, co funduje nam Colorado: nadchodzi wieczór, zmęczenie daje się we znaki, niebo zasnuwa zmrok, a do tego zaczyna padać deszcz. Krytyczna sytuacja i właśnie w tej chwili Garmin kończy pracę. Tego typu przygoda przydarzyła mi się dwa razy – zanim zdążyłem dojść do celu, baterie się wyczerpały. Gdy idziemy po łatwym szlaku w Bieszczadach, to żaden problem – ale wyobraźmy sobie wędrowca, który zapuścił się na dzikie górskie ostępy na Ukrainie czy w Rumunii… Trzeba więc zawsze pamiętać o zapasowym zestawie baterii, co już zmniejsza komfort używania sprzętu.

 

Kompas
Rozczarował mnie również kompas, wbudowany w Colorado. Teoria jest taka: odbiornik wyznacza kierunki nie tylko na podstawie wskazań GPS, ale przede wszystkim w oparciu o cyfrowy moduł kompasu, niezależny od danych uzyskiwanych z satelitów. Jest z tego kilka korzyści, a jedna z nich to prawidłowa orientacja mapy. Na przykład gdy zatrzymamy się na odpoczynek i odwrócimy tyłem do celu marszu lub szukamy w leśnej gęstwie ukrytej skrzynki geocache, nawigacja zawsze ustawi mapę zgodnie z kierunkami geograficznymi. Natomiast odbiornik bez kompasu pokazuje mapę w ostatniej ustalonej pozycji, nawet gdy się obrócimy. Ustawi się prawidło dopiero wtedy, gdy zaczniemy iść w nowym kierunku.

I tu właśnie Colorado potrafi sprawić zawód. Po właściwej kalibracji (czynność zalecana po każdej zmianie baterii) działa bez zarzutu, to trzeba przyznać. Jednak zbyt wiele razy zdarzało mi się, że mimo kalibracji kompas przekłamywał kierunki. Najprościej ocenić to, wyświetlając tarczę kompasu. Bywało tak, że obrót o 180 stopni powodował przekręcenie się wskazówki o najwyżej połowę rzeczywistej wartości. Kolejne 180 stopni i tym razem wskazówka przekręca się o jakieś 120 stopni. Gdy naprawdę potrzebowałem wskazań kierunku, Garmin potrafił mnie zawieść. Przekłamania kompasu były niekiedy na tyle duże, że odbiornik orientował mapę tak, jakbym szedł bokiem w stosunku do trasy lub wręcz do tyłu. Działo się to w trybie „Auto”, który wyłącza kompas elektroniczny przy większej prędkości, a ponownie włącza, gdy stoimy w miejscu.

Być może tajemnica tkwi w firmware. Większość opisywanych problemów miała miejsce, gdy odbiornik pracował z oprogramowaniem w wersji 2.40. Po aktualizacji do 2.60, wskazania kompasu w Garminie zaczęły bardziej odpowiadać rzeczywistości.

Wysokościomierz
Sporo zastrzeżeń miałem też do altimetru. W topowych modelach ten moduł wykorzystuje wbudowany barometr. Im wyżej idziemy, tym bardziej zmienia się ciśnienie, co pozwala na wyrysowanie profilu wysokościowego trasy i na bieżąco informuje, na jakiej wysokości nad poziomem morza się aktualnie znajdujemy. Kiedy szedłem przez Bukowe Berdo, świeciło słońce, ciśnienie było stabilne, wskazania wysokościomierza dokładne niemal co do metra. Jednak dwa dni później znalazłem się pod słowackiej stronie Bieszczad (tam zwą te góry Bukove Vrchy).

I co pokazuje Colorado? Wysokość około 2500 m n.p.m. Teleportowałem się w Tatry? Pomny rad garminowych znawców upewniłem się, że barometr ma ustawioną autokalibrację. W teorii powinno to sprawić, że po jakimś czasie wysokościomierz „dojdzie do siebie” i ponownie zacznie podawać właściwe wskazania. Nie stało się tak przez dwa dni – Garmin cały czas zawyżał wysokość. W końcu skalibrowałem Colorado ręcznie, biorąc za punkt odniesienia wskazania GPS. Wtedy wszystko wróciło do normy. Po co w takim razie używać wysokościomierza barometrycznego, skoro i tak trzeba ratować się wskazaniami GPS?

Colorado w lesie
Garmin wyposażył Colorado w szybki procesor, który bez większych opóźnień potrafi wyświetlać i skalować nawet najbardziej rozbudowane mapy, a także bardzo czuły chipset GPS. Wraz z wbudowaną anteną helikalną odbiornik szybko łapie fiksa nawet w pomieszczeniach, w odległości 2 metrów od okna. W gęstym lesie i w deszczu dokładność wskazań GPS nie zawsze była zadowalająca, co jest jednak normalne. Ani razu nie zdarzyło mi się, by urządzenie straciło sygnał. Pod tym względem Colorado spisywało się bez zarzutu.

 

Garmin Colorado 300

  • Wymiary: 139 x 60 x 35 mm
  • Wyświetlacz TFT 3 cale (7,6 cm), wymiary 63 x 38 mm, rozdzielczość 240 x 400 pikseli. 65 tys. kolorów
  • Waga 207 g z bateriami
  • Moduł GPS o wysokiej czułości
  • Wbudowana mapa bazowa odzwierciedlająca rzeźbę terenu
  • Wbudowana pamięć 384 MB dla danych użytkownika i map
  • Slot kart pamięci SD
  • Zasilanie: 2 baterie AA
  • Czas pracy: do 15 godzin
  • Wodoszczelność IPX7 (30 minut pod wodą do głębokości 1 m)
  • Temperatura pracy: – 20 do 70°C
  • Zapis 20 śladów podróży
  • Pamięć waypointów: 1000 punktów
  • Trasy: 50
  • Ślad aktywny: 10000 pkt
  • Możliwość budowania do 50 tras (ręcznie lub automatycznie)
  • Antena wbudowana: słupkowa typu quad-helix
  • Złącze anteny zewnętrznej: MCX
  • Wymiana danych: USB, bezprzewodowy port ANT
  • Bezprzewodowy transfer danych użytkownika pomiędzy urządzeniami Colorado
  • Automatyczne wyznaczanie tras
  • Automatyczna rekalkulacja trasy
  • Ustawienia typu trasy: najkrótsza, najszybsza, bezdroże
  • Ustawienia unikania
  • Obsługa baz własnych punktów POI: import z plików CSV lub GPX
  • Alarm punktów niebezpiecznych / fotoradarów: wymaga instalacji własnych POI
  • Alarmy dźwiękowe
  • Przeglądarka zdjęć
  • Wbudowany kompas elektroniczny
  • Wysokościomierz barometryczny
  • Tryb Geocache
  • Gry terenowe
  • Kalendarz pór połowów i polowań
  • Ekran słońca i księżyca
  • Krzywe pływów
  • Funkcja pomiaru pola powierzchni
  • Czujnik tętna: opcjonalnie
  • Czujnik kadencji: opcjonalnie