Trafiła do mnie nowa zabawka… Na testy. Garmin Oregon 300 z GPMapą TOPO. Teraz jest już dostępny w Polsce, ale jeszcze miesiąc temu jedynym sposobem zdobycia „Oregano” był zakup w sklepie Stanach albo od nieco podejrzanego sprzedawcy na eBayu. Wtedy gotów byłem zaryzykować tysiąc złotych, korzystając z tej drugiej opcji – po to tylko, by mieć odbiornik, który zdawał się się być niezłym połączeniem typowego outdoorowca z palmtopem. Dobrze jednak, że się powstrzymałem… Konstruując ten model, Garmin chyba trochę się pogubił. To tylko pierwsze wrażenie, może z czasem ocenię Oregona lepiej…?

Garmin Oregon 300 jest w jakimś sensie następcą Colorado 300, chociaż obydwa modele sporo się różnią. Oregon pozbawiony jest wielu wad, które przeszkadzały mi w Colorado – jest lżejszy (193 g), mniejszy, a zarazem zachowuje wszystkie zalety nowej serii odbiorników Garmina.

Ciekawie wygląda też porównanie z Garminem eTrex Vista HCx. Obydwa modele mają zbliżone rozmiary i wagę, „Oregano” jest tylko trochę cięższe, a ekran ma prawie dwa razy większy. Jest zgrabne, nie wypycha tak kieszeni, jak Colorado. Myślę, że mógłbym nosić ze sobą Oregona wszędzie, gdzie się da, tak jak noszę Vistę.

Twardy, szary plastik, z gumowanym tyłem i gumowymi uszczelkami na bokach obudowy Oregona budzi zaufanie. Wszystkie elementy są doskonale spasowane i trudno doszukać się miejsca, gdzie mogłaby się wlać woda. Slot karty pamięci został przeniesiony (w porównaniu do Colorado) do komory baterii, zaś wtyk USB osłonięty jest mięsistym kawałkiem gumy. Prezentuje się to znacznie lepiej niż w Colorado, a jak działa – to się jeszcze okaże.

Tak jak w COL, w Oregonie osłona baterii zamykana jest na zatrzask umieszczony u podstawy zaczepu, na który nasuwa się karabinek. Myślę, że to jeden z najlepszych pomysłów Garmina. Dyndająca na smyczce Vista czasami potrafi denerwować, a inne sposoby na noszenie eTreksów również nie zachwycają. Gdyby jednak komuś to przeszkadzało, w Oregonie jest też uszko do zaczepienia smyczy.

Oregon został wyposażony w ekran dotykowy, który doskonale pozwala wprowadzać znaki i obsługiwać urządzenie. Nie ma co wyważać otwartych drzwi – rolka z Colorado to rozwiązanie niezbyt trafione. Obsługa Oregona poprzez touchscreen jest zaskakująco wygodna, interfejs jest przemyślany, zaś prawdziwą rewelacją jest to, że wreszcie można wpisywać znaki uderzając w pełną klawiaturę na ekranie. Nigdy więcej obłąkańczego kręcenia rolką!

Dzięki dużemu ekranowi o przekątnej 3 cale i rozdzielczości 240 x 400 pikseli mapy wyglądają urzekająco. Menu również. Jak w palmtopie. Stara, poczciwa Vista nie może się równać.

Można się jednak zastanawiać, jak dotykowy ekran Oregona będzie się spisywał w trudniejszych warunkach – zimą gdy dłonie będą osłaniać grube rękawice albo gdy palce ubłocą się podczas szukania szczególnie podstępnej skrzynki Geocache. Jednak pierwsze wrażenie jest doskonałe.

Ale ale… Nie tak szybko. O ile obsługa jest bardzo wygodna, to już czytelność ekranu to tragedia. TRA-GE-DIA! To jest właśnie coś, co już na wstępie dyskwalifikuje Oregona. Mapa widoczna jest tylko po zmroku, z podświetleniem. Jednak w dzień czytelność spada niemal do zera. Włączenie podświetlenia niewiele daje. W Colorado też było z tym niezbyt dobrze, ale przynajmniej dało się ustawić kąt padania światła w ten sposób, że ekran stawał się bardziej wyraźny.

Dziś był pochmurny dzień, więc nie miałem okazji ocenić Oregona w ostrym, centralnie padającym na wyświetlacz świetle, gdy promienie słońca działają jak naturalne podświetlenie. Ale pod szarym niebem odbiornik praktycznie się do niczego nie nadaje. Widoczność map jest tłumiona przez mleczno-szarą powłokę ekranu dotykowego.

Poniżej widać, jak to wygląda w porównaniu z Vistą HCx. Obydwa urządzenia mają wyłączone podświetlenie, zdjęcie robione jest po godz 17 przy stłumionym świetle. Z ekranu Visty można cokolwiek odczytać, można iść na szlak i używać GPS. Oregon? Trzeba ustawić podświetlenie na maksa i wejść pod parasole drzew, żeby zapewnić większy kontrast. Ale tak się przecież dłużej nie da. Porażka…